NewsroomRecenzje

Recenzja: Terrific Sunday – Młodość

Terrific Sunday powracają z nowym materiałem. Nie bez powodu piszę, że powracają, ponieważ kazali na siebie czekać. Od premiery debiutu minęły już cztery lata, a to spory odstęp czasowy, jak na tak młodych twórców.

Na początek, odrobinę ich przedstawię w ramach małego przypomnienia. W skład poznańskiego zespołu wchodzą: Piotr Kołodyński, Maks Mikulski, Stefan Czerwiński oraz Artur Chołoniewski. Debiutowali albumem pt. „Strangers, Lovers”, który na półki sklepowe trafił w październiku 2015 roku. Tutaj należy także wspomnieć o niemałym sukcesie – zostali wyróżnieni nominacją do Fryderyka w kategorii Fonograficzny Debiut Roku. Mają też spore doświadczenie koncertowe, ponieważ mieli okazję pojawić się na największych festiwalowych scenach jak m.in. Jarocin Festiwal, Open’er czy także Orange Warsaw Festival.

„Strangers, Lovers” to była solidna dawka indie rockowego grania – idealna dla fanów mocniejszego gitarowego grania. Tym razem podążają tą samą, wcześniej obraną, muzyczną ścieżką. Znów zafundowali nam kilkadziesiąt minut rockowej przygody. Pojawiła się jednak drobna zmiana. Mam tutaj na myśli warstwę tekstową, a mianowicie kilka utworów napisanych w języku polskim, co dla mnie jest sporym plusem.

Skupmy się także jeszcze na chwilę na szczególe, jakim jest sam tytuł, bo on absolutnie nie jest przypadkowy. Nie wiem, czy wybierając takie hasło mieli na myśli to samo, co ja. Mnie się wydaje, że chodzi tu o powiew świeżości, który towarzyszy tej płycie. Słychać zew młodości i energię do podboju sceny. Nie da się ukryć, że tego im nie brakuje. Jeśli ktoś, kiedyś się zastanawiał, jak może brzmieć młodość to na tej płycie znajdzie odpowiedź.

Album stopniowo zapowiadały cztery single: „Bałtyk”, „Amok”, „Fire Storm” i tytułowa „Młodość”. „Bałtyk” ukazał się jako pierwszy na długo przed premierą, bo jeszcze w 2017 roku. Wtedy można było pomyśleć, że to tylko jednorazowy strzał ze względu na późniejsze długie milczenie. Jednak na szczęście okazuje się, że była to forma przypomnienia o sobie i mała zapowiedź tego, co się wydarzy za kolejne dwa lata. Skoro już jesteśmy przy tej piosence to chciałabym także przytoczyć ciekawy wers, który od razu przynosi mi na myśl jeden z najpopularniejszych hitów radiowych – „bo w naszym morzu nie ma nigdy fal”. To chyba dość modny temat wśród polskich artystów – u Dawida Podsiadły niewątpliwie „nie ma fal”, u Rebeki jest „fala za falą”, a z kolei u Mrozu „rezonują fale”.

Jednym z moich ulubionych utworów jest tytułowa „Młodość”. Wbrew pozorom, jest to jeden ze spokojniejszych momentów tego albumu. Piosenka niezwykle sprawdza się jako singiel promujący płytę, bo bardzo dobrze oddaje charakter płyty i zachęca do tego, by sięgnąć po całość. Nie wspominając już nawet o tym, że jest opatrzona ciekawym teledyskiem w formie nagrań z płyt VHS, czyli krótka wycieczka w stronę dawnych lat.

Krótko mówiąc, album jest definicją młodości. Płynie z niego ogromna dawka pozytywnej energii wzbogacona ciekawym, intrygującym brzmieniem indie rocka. Jest to pewnego rodzaju kontynuacja tego, co panowie zaserwowali nam cztery lata temu w ramach debiutanckiego albumu.