NewsroomRecenzje

Recenzja: „Mikromusic z Dolnej Półki”

Mamy listopad, czyli w moim mniemaniu najgorszy miesiąc z możliwych. W takiej sytuacji muzyka jest dobrym ratunkiem, bo każdego dnia poprawia humor i nadaje lekko pozytywne zabarwienie tej szarej i zimnej rzeczywistości. Do takiej pogody najlepiej pasują delikatne i melodyjne piosenki, a właśnie takie zaserwowali Mikromusic na swoim najnowszym albumie.

Kontynuując jesienne narzekanie – znacie to uczucie, kiedy nic Wam się nie chce? Ja znam i zgaduję, że Mikromusic też znają doskonale, a przynajmniej tak śpiewają w swoim największym przeboju. Nie wiem czy to prawda, ale na pewno nie brzmi to tak, jakby miało im się nie chcieć, a wręcz przeciwnie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że to właśnie dzięki takim dźwiękom, odbiorcy mają większą chęć i motywację do walki z jesienną aurą.

W pewnym sensie płytę można zdefiniować jako reedycję poprzedniej, bo większość materiału to odświeżone wersje albumu pt. „Tak Mi Się Nie Chce”. Zwykle nie pochwalam takich decyzji, by powielać to, co już jest. Oznacza to wtedy, że jest jakiś przestój w twórczości. Oczywiście jest kilka wyjątków od normy i tak jest w tym przypadku. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że album obronił się ze względu na ciekawe brzmienie nowych aranżacji, co spowodowało użycie intrygujących instrumentów (ale o tym wspomnę za chwilę).

Wracając do tracklisty, materiał nie jest dokładnie taki sam, jak poprzednio – pojawiło się kilka niespodzianek. Sięgnęli po nieco starsze kawałki jak np. „Zakopolo” czy „Niemiłość”. Jest też zupełnie premierowy utwór, który okazuje się dosłownym odniesieniem do dawnych ludowych dźwięków. Piosenka nieprzypadkowo nosi tytuł „Kołysanka Pani Broni”. To stara ludowa kołysanka, którą Natalii Grosiak pokazała Pani Bronisława Chmielowska – poznały się przy okazji kręcenia programu „Szlakiem Kolberga”.

Wspominałam o nietypowych instrumentach, a więc już wyjaśniam, o co chodzi. Zespół urozmaicił brzmienie za sprawą gitary z pudełek po cygarach czy miski dla psów, saxhornu barytonowego, basowego fletu czy weselnego akordeonu.

Warto również zaznaczyć, że materiał powstawał w bardzo różnych i dość zaskakujących miejscach jak np. na dachu wieży, hali fabrycznej czy w środku lasu. Przyszło im się zmagać z nie zawsze łatwymi warunkami, bo jak sami przyznają walczyli z wiatrem, deszczem czy upałem, chociaż absolutnie tego nie słuchać na nagraniach. Wszystkie te ciekawe scenografie można obejrzeć na własne oczy, bo większość utworów jest dostępna w sieci wraz z materiałem video.

Tytułem „Mikomusic z Dolnej Półki” chyba chcieli nas trochę zmylić, bo jeśli już to powiedziałabym, że jest z górnej półki. Wskazuje na to całość – bogate instrumentarium, jak zawsze czysty i ciekawy głos Natalii Grosiak oraz ciepła atmosfera roztaczająca się wokół tego materiału.

Cały album jest bardzo spójny i dobrze przemyślany. Jest charakterystyczny dla nich minimalizm, ale został wzbogacony o lekko folkowe smaczki. Bardzo przyjemnie się go słucha, zwłaszcza w tej jesiennej aurze, bo nadaje odrobinę pozytywnego spojrzenia na świat.