Muzyka grupy Lor pobrzmiewa w głowach słuchaczy polskiej sceny alternatywnej już od dawna. Przez lata koncertowania zespół zaskarbiał sobie odbiorców świetnymi występami, chociaż splot głosu Jagody Kudlińskiej, tekstów Pauliny Sumery, skrzypiec Julii Błachuty i klawiszy Julii Skiby zdecydowanie zasługuje na większe określenie niż świetny. Mieszanka wiązana, a za razem skutkująca subtelnością, zachwycała w każdej scenicznej odsłonie, intrygował oryginalny sposób jej prezentacji przed publicznością. Wydaje się, że to wszystko (całe szczęście) zostało docenione, czego efektem jest wydawnictwo o nazwie „Lowlight”.

Kiedy zapytałem dziewczyny, czy wydana płyta będzie dla nich głównie pretekstem, jak dla wielu muzyków, żeby móc częściej wychodzić na scenę, odpowiedziały mi, że nie. Dowiedziałem się, że chodzi głównie o to, żeby mieć za sobą etap, który muzyk powinien przerobić, proces, który uczy i otwiera na nowe, weryfikuje perspektywy. Przyglądanie się ewolucji zespołu Lor jest szczególnie intrygujące ze względu na przedmaturalny wiek jego członkiń. Tym bardziej czaruje nieszablonowa, wymykająca się konwenansom ścieżka, jaką obrały młode krakowianki.

Pretensjonalnie i nieporadnie może wypaść próba ubierania w słowa odczuć, co do studyjnej wersji twórczości grupy. Muzyka jaką podają dziewczyny robi sobie w głowie specjalne miejsce. Można się licytować ile w tym smutku w stosunku do zachwytu, tęsknoty na tle melancholii czy złamanego serca (przez emocje wymienione wcześniej) w konfrontacji z (po prostu) czułością, ale byłby to zbyt pobieżne zakłady. Ta płyta ma w sobie coś, czego szukamy w wyciszeniu, a jednocześnie pociąga za każdą żywą strunę, która takiego pociągnięcia aktualnie potrzebuje.

Trzeba zaznaczyć, że debiut Lor to materiał jak najbardziej z charakterem. Piosenki prowadzone pianinem, skrzypcami i delikatnym wokalem, dla kogoś z otwartym na nie kubkiem smakowym zaznaczą się wyraźnie w całej gamie nawet tych konkretnie określonych gatunkiem brzmień. „Lowlight” ma wszystkie ku temu predyspozycje.

Są momenty, w których albumowi nie można odmówić nuty eksperymentu i świeżości, co do wcześniejszych działań zespołu. Lorową ekstrawagancję słyszymy na wstępie i końcu albumu, jako pieśni i wokalizy chóru („Bonum” i „Machinarium”). Zaskoczyć może też kawałek „Matches” z delikatnym bitem (porywającym do tańca!). Poza tym wydawnictwo wydaje sie być podsumowaniem dotychczasowego brzmienia i wizerunku wrażliwych piosenkarek. Ulubione przez słuchaczy, odświeżone „Patty Boo” czy „Cinnamon” niczym nie odstają od tych nieznanych jeszcze studyjnie propozycji, jak „Ribbon” czy „Aberdeen”. I chociaż takich nowości jest więcej, to premierowy krążek jest przede wszystkim zbiorem rozpoznawalnych już utworów. To sprawia, że wraz z pojawieniem się „Lowlight” zagorzały słuchacz dziewczyn rozpoczął czekanie na więcej.

Ale w tym przypadku jest na co czekać. A teraz dla odbiorców muzyki grupy to, co najfajniejsze – chodzenie na koncerty artystek, obserwowanie ich rozwoju, łapanie okazji ku temu, aby dać się im porwać. Premiera „Lowlight” jest w tym wszystkim jak święto. Świętujmy więc.


Kliknij tutaj i kup album „Lowlight”


Bartosz Grześkowiak