NewsroomRecenzje

Recenzja: Igor Herbut – Chrust

Czym jest chrust? Mogłoby się wydawać, że to tylko niepotrzebne pozostałości po drzewach. Jednak rozpalając je, możemy otrzymać ciepło i błysk ognia. I ten album daje właśnie takie ciepło, które może nas ogrzać wewnętrznie w tym trudnym czasie, który ostatnio zastaliśmy.

Wszyscy doskonale znamy muzyczne poczynania zespołu LemON – na swoim koncie mają już cztery albumy i wiele sukcesów. Jednak Igor Herbut tym razem postanowił pokazać się nieco z innej strony. Niedawno mieliśmy okazję usłyszeć go podczas trasy koncertowej, którą zagrał tylko w akompaniamencie pianina. Teraz poszedł o krok dalej i pokazał światu swoją solową twórczość na płycie.

Czas premiery przypadł na trudny moment dla nas wszystkich. Świat zweryfikował wszystkie plany za pomocą koronawirusa, co wywołało także zmiany daty wydania płyty – najpierw przesunięto ją na początek maja, a potem jednak udało się przyspieszyć. Ostatecznie 17 kwietnia trafiła w ręce słuchaczy. Myślę, że to bardzo dobry pomysł – ten album zapewne pomoże wielu osobom przejść przez okres kwarantanny. Nie da się ukryć, że wiele osób opanowała melancholia, będąca wynikiem odosobnia, a „Chrust” swoim ciepłem i dobrą energią pozwoli zredukować niepewność i strach.

Pierwszym singlem zapowiadającym płytę był „Jasny”. To piosenka, obok której nie można przejść obojętnie. Nie da się ukryć, że wiele utworów opowiada o miłości. Ta również, ale o takiej w zupełnie innym wymiarze, takiej bezwarunkowej – rodzicielskiej. Tekst jest pięknym wyznaniem do syna, ale też pewnego rodzaju drogowskazem w postaci słów:  „I pewnie też kiedyś ze smutku pęknie Ci serce, wtedy otrzyj łzę i kochaj. Wiedz też, że jestem, i zawsze rozjaśnię Ci drogę”.

Pamiętam, że już wtedy, 20 listopada, pomyślałam sobie, że czeka nas niezwykle emocjonalny album. I dokładnie tak się stało. Mam nieodparte poczucie, że tą płytą Igor Herbut zaprasza słuchaczy do swojego prywatnego świata, otwiera przed nimi najgłębsze zakamarki swojej duszy. Po prostu dzieli się tym, co dla niego najcenniejsze – dobrymi emocjami, życiową prawdą i masą refleksji.

W wielu momentach w głównej roli słychać tylko instrumenty, ale to wcale nie oznacza, że wokale zostały okrojone. Wszystko zostało zachowane w bardzo dobrze wyważonych proporcjach. Piosenki niejednokrotnie osiągają siedem czy osiem minut, co jest dość zaskakujące w dobie dzisiejszego świata, w którym wszyscy żyjemy w pośpiechu. Dlatego myślę, że to jest album, który trzeba posłuchać w ciszy i skupieniu – wtedy dotrze do nas tak, jak powinien. Wtedy usłyszymy całą wrażliwość i mądrość, która z niego płynie.

Mimo tego, że cały album jest dość osobisty i opowiada o prywatnych rozterkach, znalazła się jeszcze przestrzeń do inspiracji innymi artystami. Utwór „Los” jest interpretacją wiersza Leopolda Staffa, który bardzo dobrze wpisał się w całość. Zwieńczeniem albumu z kolei jest cover jednego z największych przebojów Maanamu – „Krakowski Spleen”. Tę samą piosenkę, na swoim albumie, zawarła Natalia Przybysz. Chociaż oba wykonania są inne, to oba są wspaniałym hołdem dla tak wielkiej artystki, jaką była Kora.

Chciałabym też zwrócić uwagę na to, że kiedyś Igor w wielu wywiadach wyznawał, że jest mu trudno inspirować się pozytywnymi emocjami. Tym razem jest zupełnie inaczej. Chociaż momentami słychać nutę melancholii to jednak emanuje z tego dobro i szczerość. Album jest pewnego rodzaju wyciszeniem. Idealnie wpisał się w moment, w którym tkwi każdy z nas. Możemy tam szukać wiele mądrości i refleksji, jest ich cała masa. Mój ulubiony przekaz brzmi: „Nie czekaj z wdzięcznością na nic wielkiego. Bądź wdzięczny, a wszystko stanie się wielkie. Gdy przestałem czekać na coś ważnego to wszystko stało się ważne”.

Na sam koniec chciałabym zauważyć, że w piosence „Miłość i mleko” pada zdanie: „Zauważyłem, że wystarczy jeden promień światła, by najciemniejsze wnętrze rozświetlić”. Myślę sobie, że ten album jest właśnie takim promieniem, który powinien rozświetlić nasze nadzieje na nadejście lepszej chwili.