NewsroomWywiady

Natalia Grosiak (Mikromusic) w rozmowie z WLKM.pl: „Kraksa kojarzy mi się ze słowem miłość”

Zespół Mikromusic, kilka tygodni temu, wydał swój siódmy album studyjny pt. „Kraksa”. W związku z premierą porozmawialiśmy z Natalią Grosiak o tym, czym jest dla nich ta płyta, co ich inspirowało przy tworzeniu oraz o tym, jakie historie i wspomnienia kryją się za poszczególnymi utworami, ale nie tylko – poruszyliśmy także wiele innych tematów jak np. ekologia czy sytuacja branży w czasie pandemii.

Wydaje mi się, że premiera każdej płyty otwiera nowy rozdział w działalności zespołu. Co się zmieniło od czasu wydania „Tak Mi Się Nie Chce” do premiery „Kraksy”? 

Przede wszystkim minęły trzy lata, nigdy wcześniej nie robiliśmy sobie tak długiej przerwy miedzy płytami. Rok 2018 i 2019 były niesamowicie intensywne, jeśli chodzi o ilość granych koncertów, dlatego nie mieliśmy czasu, żeby się skupić na nowym materiale. Pod koniec 2019 roku zaczęliśmy pracę, przyszedł Covid i wydaliśmy siódmą studyjną płytę w zupełnie nowej rzeczywistości. A czym się różni? Wydaje mi się, że odległość emocjonalna między tymi płytami nie jest zbyt duża. Widzę ciągłość tekstową i aranżacyjną. Jest to pewnego rodzaju rozwinięcie myśli, która powstała w czasie tworzenia płyty „Tak Mi Się Nie Chce”. Bardziej bym porównywała np. między „Kraksą”, a „Pięknym Końcem”, już nie mówiąc o poprzednich płytach, które dzielą jakieś kosmiczne lata świetlne.

Wspomniałaś, że wydaliście płytę w nowej rzeczywistości. Jak przebiegała praca nad albumem? Wszystkie piosenki powstały przed Covidem, czy tworzyliście też w czasie lockdownu? 

Wszystkie piosenki, oprócz „Kraksy”, były prawie gotowe przed lockdownem. Były zapisane w formie demówek już w 2019 roku. Jedyne, z czym się mieliśmy zmierzyć w 2020 roku to tylko aranżacje. Dodatkowo tekst do „Brzozy” powstał od nowa, bo nawiązuje do lockdownu. Tam opisuję naszą rzeczywistość, kiedy tęsknimy za bliskością i wszyscy uciekają do lasu. A Kraksa powstała w czerwcu, więc to jest bardzo świeża piosenka. W momencie, kiedy wymyśliłam, jak ma się nazywać płyta, dodaliśmy jeszcze jedną piosenkę.

Tytułowa „Kraksa” to Twój długoletni psi przyjaciel. Dlaczego zdecydowałaś się zadedykować właśnie jej ten znaczący element twórczości? 

Kraksa była moją towarzyszką życia przez piętnaście lat. Mówię już w czasie przeszłym, ponieważ odeszła od nas dzień po premierze. To było dla nas duże zaskoczenie. Myślę, że czekała na tę premierę, ale niestety pożegnaliśmy się z nią w sobotę rano. Moja koleżanka z czułością powiedziała, że Kraksa, jak David Bowie, wyczekała odpowiedni moment i odeszła zaraz po premierze. Była moją towarzyszką przez piętnaście lat, a właśnie piętnaście lat temu weszła na rynek pierwsza płyta Mikromusic, choć istniejemy o wiele dłużej. Kraksa nagrywała z nami wszystkie płyty, tę ostatnią również – odwiedzała nas w studiu jeszcze w lutym, jak była w miarę w dobrej formie. Wszystkie demówki, które posłużyły jako podstawa do tych aranży też powstawały w jej obecności. Nie dość, że przez te lata nagrywała te wszystkie płyty ze mną to jeździła bardzo często na koncerty oraz promować płyty do Warszawy, więc poznała wszystkich dziennikarzy, z którymi wtedy rozmawiałam. Poznała korytarze Trójki, RDC i Polskiego Radia na Alei Niepodległości, gdzie wnosiłam ja pod pazuchą na nielegalu, bo tam nie wpuszczają chętnie psów. Kraksa naprawdę była obywatelką świata. Była świadkiem rozwoju i wszystkich wydarzeń. Kraksa kojarzy mi się ze słowem miłość, bo była wielką miłością mojego życia. Stwierdziłam, że należy jej się ten tytuł. I gdy tylko zadzwoniłam do Dawida Korbaczyńskiego z pomysłem na tytuł płyty, powiedział „oczywiście, to jest to!”.

To piękne, że tak opowiadasz o tej długoletniej przyjaźni, co też czuć w tytułowej piosence. Chciałabym się też odnieść do piosenki pt. „Winna”. Są dostępne dwie wersje – ta, która jest na płycie różni się od tej, która ukazała się chwilę wcześniej. Skąd pomysł na taki zabieg?

Pierwsza wersja „Winnej” została napisana na zamówienie firmy Lidl – tą piosenką promowali swój sklep z winami. Dawid Korbaczyński nie był do końca zadowolony z tamtego aranżu. Coś mu tam nie pasowało. Nawet skłaniał się ku temu, aby nie umieszczać tej piosenki na płycie. Nie wiedział, czy to piosenka mu się nie podoba czy aranżacja, więc zrobił prosty test – wyjął mój goły wokal, dograł gołą gitarę i się okazało, że piosenka sama się broni i jest nawet fajna. Stąd też Dawid powiedział, że nie daruje sobie, żeby nie podejść do tej piosenki jeszcze raz. I dziś jest bardzo zadowolony, dlatego mamy inną wersję „Winnej” na płycie.

Na płycie pojawił się też duet z Piotrem Roguckim. Skąd pojawił się pomysł o zaangażowaniu gościa specjalnego?

Przy piosence „Bezwładnie” wiedziałam, że chcę, aby Skubas zaśpiewał ze mną w duecie. I podobnie było z „Operacją Na Otwartym Sercu”. Pierwotnie nagrałam ją sama, ale cały czas trwały w kulisach rozmowy o tym, że przydałby się jakiś mocny męski wokal. Mieliśmy kilka pomysłów i w ostatniej chwili zadzwoniłam do Piotrka, który jeszcze był na wakacjach. A gdy wrócił to miał mnóstwo różnej innej roboty. Poszczęściło nam się, że dograł się totalnie w ostatnim momencie. I gdy zmiksowaliśmy jego wokal, posłuchaliśmy nowej wersji,  okazało się, że dodał tam taką dawkę emocji, że aż ciary! 

Odnosząc się do całej Waszej twórczości, bardzo fajne jest to, że wiele tematów traktujecie z przymrużeniem oka i np. w utworze „A Ja Co?” w trochę żartobliwy sposób pokazujecie pewne stereotypy. Jestem ciekawa, skąd bierzecie na to pomysły i inspiracje.

Pomysły do mnie przychodzą zazwyczaj w samochodzie, kiedy stoję w korku i nucę pod nosem. Pamiętam, że „A Ja Co?” powstało w korku w Warszawie, kiedy jechałam na koncert Miuosha w zeszłym roku – to miał być koncert z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Wtedy w samochodzie zaczęłam śpiewać i później już wiedziałam, o czym będzie piosenka. Zawsze mam przy sobie dyktafon, nagrywam pomysły i później je rozwijam, jak już jestem w domu – wyciągam gitarę, szukam akordów i buduję z tego całą piosenkę. 

Nawiązując do podróży samochodowych, muszę przyznać, że Wasz koncert w Sopocie był pierwszym, na który udało mi się wybrać po lockdownie. I wtedy przekazaliście masę pozytywnej energii na ten dziwny czas. Jak to jest wrócić na scenę po przerwie, która pozwalała tylko na koncerty w formie online?

My nie przystosowaliśmy się do grania online. Tylko raz zrobiliśmy to w Trio i to było koszmarne doświadczenie. Koncerty się gra dla ludzi a nie dla kamer, ponieważ ludzie zwracają energię, która daje nam kopa do jeszcze lepszego grania. Takie granie do kamery to jest tak jakby się grało próbę, tylko człowiek jest trochę jednak zestresowany, ponieważ wie, że to jest niby oglądane, ale tak naprawdę nie czujemy obecności publiczności. Nie dostajemy od nich energii w postaci obecności czy oklasków. Więc jak wróciliśmy po tych paru miesiącach to była czysta radość, kiedy zagraliśmy pierwszy koncert w tak wspaniałych okolicznościach przyrody i ludzie byli tak pięknie nastawieni. W ogóle jak wsiedliśmy do busa i się zobaczyliśmy to już było bardzo cenne uczucie, bo stęskniliśmy się za sobą. Wtedy człowiek zaczyna doceniać ten rok 2018 i 2019, kiedy byliśmy już zmęczeni i marzyliśmy o jakiejś przerwie. 

Jak myślisz, jak koronawirus wpłynie na zmiany w naszym życiu, a w szczególności w branży artystycznej?

Nie mam absolutnie żadnego pojęcia. Planujemy koncerty jesienią. Zagraliśmy już kilka, gdzie mogliśmy wpuścić 150 osób – wszyscy w maseczkach  i w odległości od siebie. Wychodzimy podpisywać płyty, a wszyscy są grzecznie w maseczkach. Powstała nowa rzeczywistość. Wszyscy mówimy o powrocie do normalności, a być może to już jest nowa normalność. Może już nie będzie nigdy po staremu. Z drugiej strony wiem, że ludzie są mistrzami przetrwania i jesteśmy w stanie dostosować się do każdej sytuacji. Wydaje mi się, że cokolwiek się wydarzy to sobie poradzimy.

Zmieniając temat, „Mikromusic z Dolnej Półki” ukazało się w dwóch wersjach – bardziej ekologicznej i trochę mniej. To imponujące, kiedy artyści w swoich działaniach biorą pod uwagę takie działania. Czy tym razem też próbowaliście jakoś obejść proces opakowywania płyt, czy mieliście jakieś inne pomysły?

Tym razem zrobiliśmy dokładnie to samo, czyli płyty do sklepu poszły ofoliowane, a płyty, które sprzedajemy na Allegro i na koncertach są bez folii. Tylko teraz tym się nie chwaliliśmy, bo uznaliśmy, że to będzie już nasza norma. 

Czyli po prostu okładka jest ta sama, a dalej stosujecie ten sam zabieg.

Tak. Tym razem nie zrobiliśmy dwóch kolorów okładek, jak przy „Mikromusic z Dolnej Półki”. Po prostu część poszła do sklepu w folii, a druga część przyszła do naszego wrocławskiego magazynu bez folii. Winyl też jest w produkcji i też jest opakowany w papier z recyklingu, a część winyli jest zrobiona z odpadów po innych winylach. No i to jest w ogóle śmieszne, ponieważ złożyliśmy zamówienie, a pani z firmy mówi: „okej, no to teraz zbieramy odpady, żeby nam starczyło”. Także to też nie jest takie oczywiste, że np. robimy 1000 płyt z odpadów, ponieważ tych odpadów nie ma. Możemy wyprodukować tyle ekologicznych płyt, na ile nam pozwoli sytuacja. 

Zaskakujące, że tak to może wyglądać. Odchodząc już od ekologii, chciałabym się skupić na innym sposobie pomagania. Zauważyłam, że zdarza się Wam udostępniać zbiórki charytatywne. Wstawiliście też zbiórkę na rzecz dziewczynki z wadą serca – Oleńki, która mieszka tuż obok mojej małej miejscowości. To miłe, kiedy artyści się angażują w taki rodzaj pomocy. 

Zazwyczaj tak robimy, kiedy ktoś do nas pisze z taką prośbą, zwłaszcza jeśli chodzi o życie dziecka i takie kwoty. Dla nas to tylko jedno kliknięcie i niczego nam to nie zabiera, a wiadomość, która pojawi się na naszej stronie może w jakikolwiek sposób pomóc.

Czyli masz takie poczucie, że warto korzystać ze swojej rozpoznawalności, żeby coś zmieniać lub wpłynąć na ludzi?

Oczywiście, że warto. Trzeba też zaznaczyć, że każdy jest inny. Niektórzy mają jakąś barierę i nie są tacy społecznie otwarci. I nie należy tego oceniać, ponieważ każdy walczy ze swoimi problemami, czy też traumami. A niektórzy mają taką łatwość pomagania. Wiadomo, że artyści dostają bardzo dużo takich próśb i czasami trzeba wyłuskać tych najbardziej potrzebujących, ale jeżeli chodzi o chore dzieci i te, które naprawdę potrzebują niesamowicie horrendalnych sum to ja wtedy nie mam żadnych pytań.

Zmierzając do końca, z uwagi na tematykę naszego portalu, chciałabym zapytać o legalne kupowanie muzyki. Jako artystka dostrzegasz, że to nadal jest problemem?

Wydaje mi się, że gdyby nie historia z Napsterem wiele lat temu, to byśmy mieli rozwinięte platformy streamingowe o wiele wcześniej i ludzie by nie kradli muzyki przez tyle lat. Problem z nielegalną muzyką istniał póki ludziom było wygodnie ściągać MP3. W tym momencie to już jest mniej wygodne. Wygodniej jest mieć konto na jakiejś platformie streamingowej, gdzie jest nieograniczony dostęp do muzyki. Opłaty miesięczne są naprawdę niskie i coraz więcej ludzi płaci za dostęp do muzyki. I wydaje mi się, że ten problem znika. Oczywiście, że ludzie rzadko sięgają do kupowania płyt fizycznych, bo coraz mniej się ich słucha na nośnikach takiego rodzaju. Sama przyznam się szczerze, że nie kupuję płyt. Jeśli kupuję to po to, by kogoś wesprzeć albo mieć na pamiątkę. W samochodzie też już nie słucham płyt . Mam swoje konto na Spotify – tam słucham muzyki i płacę za dostęp. Wszystko się już reguluje i artyści zaczynają dostawać pieniądze za to, że ta muzyka jest w sieci. Jeżeli chodzi o książki to też ludziom wygodniej jest mieć je na czytnikach albo słuchać np. Audiotece. Wydaje mi się, że ten łatwy dostęp do zasobów spowodował, że wolimy zapłacić niż kombinować, ściągać i coś tam przegrywać. Po prostu już nam się nie chce tego robić.

Autor zdjęcia: Anita Suchocka