NewsroomRelacje

„Enklawa wolności” – relacja z koncertu Natalii Przybysz w Poznaniu

Mówienie o tym, co nas boli otwarcie w dzisiejszych czasach to sztuka karkołomna. Zatarte granice między tym, co sprawą jednostki a udziałem w politycznych zapasach stawiają na ostrzu noża nawet najrozważniejszych adeptów słowa. Lekcje z niełatwej rzeczywistości, które przerabiamy na co dzień Natalia Przybysz reinterpretuje na swojej najnowszej płycie. „Jak malować ogień” to zgoda na poszukiwanie, zadawanie sobie pytań, odpuszczenie uwierających definicji. W taką właśnie przestrzeń, pobudzającą skrępowane wyobraźnie, w wieczór Święta Niepodległości, zamienił się poznański klub Tama. 

Przed zespołem Przybysz na scenie pojawił się młody duet Youth Novels. Ania Babrakowska i Emil Nowak zaprezentowali licznie już zgromadzonej publiczność przekrój utworów ze swoich dwóch dotychczasowych wydawnictw oraz piosenki zwiastujące ich drugi longplay. W przestrzeni Tamy wyjątkowo zabrzmiało ich znane „Don’t let me down”, czy obiecujący wiele, najnowszy singiel „Bad Feelings”. Na szczególną uwagę na pewno zasługuje wokal Ani, który obecnie jest chyba jednym z najbardziej intrygujących głosów wokalistek młodego pokolenia. Zdecydowanie chciałoby się usłyszeć go w przyszłości też w innych projektach (ciekawą ścieżkę kolaboracji z różnorodnymi talentami obrała na przykład zjawiskowa Justyna Święs z The Dumplings). Zespołowi Youth Novels należy życzyć odwagi i pogratulować pomysłów. W Poznaniu duet pokazał, że nie trzeba się o niego martwić, za to na pewno warto wypatrywać kolejnych kroków muzycznej pary. 

Po Youth Novels scenę zajął już zespół sprawczyni poniedziałkowego sold outu. Zaczęło się charakterystycznie dla Natalii, bo od ciepłego brzmienia gitary. Autorka cenionego „Prądu” i „Światła nocnego” „Ogniem” wprowadziła do uniwersum nowego albumu, rozpoczynając tym samym serię pytań na temat kondycji współczesnego świata i jej najbliższego otoczenia. Artystka przeprowadziła słuchaczy przez osobiste refleksje na temat konfliktu z drugim człowiekiem („Ogień”), relacji z najbliższymi osobami („Kochamy się źle”), pogonią za rzeczami materialnymi („Że jestem”) czy stosunkiem do własnych niezgodności („Cienie”). Wyznania wokalistki nierzadko zamieniały się w mantry, potrafiły też porwać publiczność do tańca, a już na pewno prowokowały do skonfrontowania się ze swoim własnym „ja”. Taki dyskurs tekstowy powodował niekiedy uczucie uczestnictwa w doświadczeniu transowym, na pewno jednak doświadczeniu bezpiecznym, nieskrępowanym przez apodyktycznie narzucone poglądy. Autorka tekstów w większości zastanawiających momentów nie udziela odpowiedzi, a pobudza do przemyśleń słuchacza. Jeszcze mocniej niż kiedykolwiek robi miejsce na niepewność. To jogiczna postawa (o czym wiemy z biografii wokalistki), która zachwyca czułością.

Trzeba zaznaczyć, że grając swoją nową płytę Natalia stawia na eksperyment. Jej koncert to nie jest opieranie się w głównej mierze na nagradzanych albumach „Prąd” i „Światło nocne”, a wręcz śmiałe opuszczenie eksplorowanych na nich rejonów. Wraz z krążkiem „Jak malować ogień” zmieniła się sekcja rytmiczna zespołu Przybysz (do składu dołączyli Kuba Staruszkiewicz i Pat Stawiński). Konsekwencją tych zmian jest inne niż dotychczas brzmienie piosenek artystki, zarówno na płycie, jak i koncercie. Wiele z nich na scenie wypada iście tanecznie („Ciepły wiatr”, „Cienie”, „Wyspa”, „Kochamy się źle”, „Że jestem”), co za pewne spowodowane jest chwytliwą grą Jurka Zagórskiego na gitarze, gęściejszymi partiami perkusji prowadzonej przez Kubę Staruszkiewicza, jak i śmielszym niż kiedykolwiek użyciem przez grupę elektroniki. Zmienił się też sposób śpiewania frontmanki, która stawia na mniej wysokich i głośnych dźwięków, bo jak przyznała, w zbyt dużej ilości te powodowały u niej ból. Warto zaznaczyć, że „Ciepły wiatr”, „Kochamy się źle” czy „Krakowski Spleen” na koncercie wypadają znacznie lepiej niż na płycie, a wokalnie na żywo Natalia pozwala sobie jednak na więcej niż w studiu. Samą końcówkę koncertu zespół oddał znanym hitom („Miód”, „Światło nocne” w totalnie nowej, elektronicznej aranżacji, „Dzieci malarzy”, „Nazywam się niebo” czy wzruszające „Sto lat”), które w Poznaniu cieszyły się najgłośniejszym aplauzem.

Fajnie jest obserwować jedną z najciekawszych osobowości scenicznych w Polsce w procesie. Zmiany, których dokonuje artystka nie odstraszają, bo odbywają w niezmiennie charakterystycznym dla niej anturażu uważnej obserwacji rzeczywistości. A jak pokazał poznański koncert, czułe śpiewanie o niezbywalnych potrzebach ma siłę jednoczenia ludzi. Na pewno warto, by każdy z nas zadał sobie pytanie jak malować swój wewnętrzny ogień gniewu, pragnień, entuzjazmu czy niechcianych smutków, po to, by żyło nam się razem po prostu lepiej. Potem wybierzcie się na koncert Natalii, by posłuchać jej podpowiedzi.

fot. Sylwia Pogoda